wtorek, 25 marca 2014

"Czas zamykania" - Jack Ketchum

Pamiętam, jak miałem może dziesięć, albo jedenaście lat, rodzice wypożyczyli na kasacie „Szósty zmysł”. Oglądałem to z młodszą siostrą chyba trzy razy z rzędu. Oboje zafascynowani. Może, dlatego że wiekiem za bardzo nie odbiegaliśmy od głównego bohatera i oboje wyobrażaliśmy sobie, że takowy szósty zmysł posiadamy. Fascynacja szybko uleciała, gdy tylko człowiek obudził się w środku nocy i trzeba było iść do toalety. Wtedy to powiedziałem sobie, że nigdy więcej nie obejrzę żadnego horroru.
Jak się pewnie domyślacie, kilka lat później stałem się ich zagorzałym fanem. A lęk przed nocnym chodzeniem do kibelka nie przeszkodził zainteresować się książkami o te samej tematyce.
Gdy przeczytałem, że Steven King uważa Jack’a Ketchum’a za najstraszniejszego gościa w całych Stanach, w tempie ekspresowym przeczytałem pierwsze opowiadanie ze zbioru „Czas zamykania”. A później chciałem tylko więcej.
Osobiście nie jestem miłośnikiem zbiorów opowiadań, szczególnie, gdy opowiadania nie są ze sobą powiązane fabularnie. Nie miałem również styczności z innymi dziełami Ketchum’a. Jednak za dobrą monetę przyjąłem słowa Kinga. Pomyślałem również, że brak wiedzy na temat innych dzieł, doda nieco obiektywizmu tej recenzji. A skoro o niej mowa – zaczynam…


Autor: Jack Ketchum
Tytuł: „Czas zamykania”
Wydawnictwo: Replika
rok wydania: Luty 2014
ilość stron: 296
moja ocena: 4,5/6








Standardowo od okładki.
Okładka została wykonana dość przyzwoicie. Z pewnością nie będzie się ścierać przy użytkowaniu, ani łatwo zaginać. Zdobiąca ją grafika, choć nie nawiązuje bezpośrednio do fabuły opowiadań, tworzy niepokojący, czyli właściwy dla horroru, klimat. Najbardziej jednak poraziły mnie kiczowate napisy. Nie chodzi oczywiście o treść, ale o ich wykonanie. Jeżeli widział ktoś Kroniki Amberu, to wie, o czym mówię. W zestawieniu z okładkami od Prószyńskiego, czy Fabryki słów wypada to naprawdę blado.
W środku trochę lepiej. Papier lekko szorstki, aczkolwiek porządny. Dobrze dopasowana wielkość czcionki. Zastrzeżenie mam jedynie do marginesów, które są nieco zbyt duże i sztucznie powiększają zawartość książki. Ale, ślipieć, nie ślipimy, więc można zabrać się za lekturę.
Opowiadań jest dziewiętnaście, czyli sporo. Aczkolwiek, gdy książka liczy sobie 296 stron, to łatwo wykalkulować, że długość niektórych zawrotna nie jest. Niekiedy trafiają się perełki zajmujące raptem pięć stron. Nie powiem – troszkę to razi. Ale przecież długość nie jest najważniejsza, a wykonanie.
Na sam początek muszę zaznaczyć, że w zupełności nie podoba mi się kolejność, w jakiej podane są opowiadania. O ile pierwsze wychodzi na plus i zachęca do dalszej lektury, to dwa kolejne wręcz odwrotnie. Nie odznaczają się wysokim poziomem fabularnym. Należą raczej do kategorii oklepanych historii z dreszczykiem o kiepskim poziomie literackim. Przykładowe: Oddech ma gorszy niż Godzilla… Mocna metafora, pasująca raczej do książek z wyprzedaży WSZYSTKO PO ZŁOTÓWCE, niż do zbioru, za który mamy zapłacić 34,90. Więc, osobiście upchnąłbym te słabsze opowiadania gdzieś w połowie, albo na szarym końcu, żeby na starcie czytelnik nie pobiegł do księgarni i nie poprosił o zwrot kasy.
Później za to jest już znacznie lepiej. Coraz więcej pojawia się błyskotliwych pomysłów i coraz bardziej zacząłem doceniać pióro Ketchum’a. Opowiadania są mocno zróżnicowane. Niektóre zmuszają do refleksji, inne po prostu przerażają Szczególnie w pamięci zapadła mi krótka historyjka W domu z magnetowidem, która jest chorym połączeniem erotyku i horroru. A także Warczeć, syczeć, pluć, kroczyć, w której autor opisuje historię oczami kota. Po kilku opowiadaniach tego typu, człowiek ma wrażenie, że obcuje z prozą nie do końca zdrowego człowieka.
Miłym urozmaiceniem jest komentarz autora do każdego opowiadania. Ketchum wyjaśnia skąd czerpał inspirację na ten, czy inny fragment opowiadania, często zdradzając coś ze swojego życia prywatnego. Możemy naprawdę sporo dowiedzieć się o autorze, łącząc opowiadania z komentarzem. Chociażby tego, że jest mieszkańcem Nowego Jorku, fascynuje go Grecja, lubi koty… Resztę wydedukujcie sobie sami!
Jeżeli chodzi o styl, technikę pisania…
Czytałem ostatnio „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” Kinga. Steven wspominał, że jeżeli widzi tekst, w którym jest sporo akapitów to wie, że opowieść jest lekka jak batonik Milky Way. I trudno mu odmówić słuszności. W prozie Ketchum’a jest to widoczne na pierwszy rzut oka i sprawdza się znakomicie. Opowiadania czyta się w tempie błyskawicznym. Podczas lektury towarzyszy nam ciągłe napięcie. A po przeczytaniu kilku historii czytelnik po prostu popada w paranoję i ciągle wyczekuje nieuchronnego, nawet gdy czynności wykonywane przez bohatera są błahe. Świetnym przykładem jest opowiadanie Dzielna dziewczynka. Mała Suzy wzywa telefonicznie pomoc dla swojej mamy, a ja zamiast ją podziwiać, zastanawiam się czy przypadkiem nie jest opętana.
Na kolejny duży plus zasługuje plastyczność opisów. Ketchum nie rozwodzi się nad kolorem zasłon, czy wyglądem pomieszczenia, a w kilku zdaniach przekazuje nam to, co najważniejsze. Najczęściej posługując się w tym celu oczami bohaterów, co ułatwia mu stworzenie wiarygodnej, żywej postaci. Na pochwałę zasługują również dialogi. Brak w nich jakiejkolwiek sztuczności. Znakomicie oddają charakter i intencje bohaterów. Strasznie podobały mi się zapisy wydawanych dźwięków, np.: - Ee!
Na zakończenie chciałbym dla państwa zrecenzować tytułowe opowiadanie „Czas zamykania”. Uważam je za najlepsze z całego zbioru i świetnie, że znajduje się na samym końcu, niczym wisienka na bardzo smacznym torcie.
„Czas zamykania” to splot, początkowo niepowiązanych ze sobą wydarzeń. Ketchum przedstawia nam kilku bohaterów w różnych momentach życia. Jednak nie używa do tego suchych faktów, a robi to za pomocą obrazów/scen, z których powoli składamy historię do kupy. Wątki początkowo odległe i rozbieżne, ze strony na stronę coraz bardziej zbliżają się do siebie, zbiegając w punkcie kulminacyjnym. Nie mówię, że jest to jakaś innowacja w pisarstwie, bo z takim motywem czytelnicy z pewnością nieraz się spotkali. Ale rzadko się zdarza, by w tak krótkim opowiadaniu stworzyć coś tak żywego i namacalnego. Czytając, ma się silne wrażenie prawdziwości, tego, co następuje. Jakbyśmy siedzieli obok Boga, który zdradza nam tajemnicę życia bohaterów.
Podsumowując - cały zbiór uważam za udany. Godny polecenia każdemu. Ludziom, którzy lubią krótkie historie i fanom długich serii. „Czas zamykania” to naprawdę świetny przerywnik pomiędzy dłuższymi książkami. Najbardziej jednak polecałbym tę książkę młodym pisarzom. Od Ketchum’a można się sporo nauczyć. Jak kreować żywych bohaterów, jak pisać dobre dialogi, tworzyć wartką akcję a przede wszystkim, jak być prawdziwym w tym, co się robi.
„Czas zamykania” oceniam na 4,5/6. Wydaje mi się, że to wysoka ocena, jak na człowieka, który nie przepada za opowiadaniami.

niedziela, 23 lutego 2014

Papier vs. E-papier. Kilka słów o czytnikach


W tym tygodniu będzie trochę z innej beczki.
Od czasu, gdy zakupiłem czytnik, spotykam się często z przeróżnymi pytaniami, w stylu:
Jak zrobiony jest ten ekran? Fajnie się na tym czyta? Widzisz coś na tym gówienku?
I odpowiadam ze spokojem, że owszem widzę i czyta się całkiem fajnie, bo do tego to zostało stworzone. A ekran to nie wiem, z czego, bo ja nie producent.
Rozumiem ciekawość ludzką, bo w Polsce nie jest to jeszcze tak popularne urządzenie.
Wiedzą o nim ci, którzy się czytaniem interesują. Mimo wszystko zainteresowanie czytnikami rośnie, toteż postanowiłem odpowiedzieć na standardowe pytania, a także dodać coś od siebie.
Świat idzie naprzód i trzeba się z tym pogodzić. Ja przez dłuższy czas nie potrafiłem, aż obliczyłem, ile za jeden czytnik mógłbym kupić książek. Wyszło, że osiem cegieł, po pół stówy za jedną. Więc poszedłem o krok dalej w swych rozważaniach i zadałem sobie pytanie, ile takich książek pomieści się na czytniku? Wyszło, że ponad sto razy więcej. Niezła liczba. Szczególnie, że czytnik gabarytowo jest niewielki, a tysiąc książek naraz, to można przewozić półciężarówką. Na wakacje raczej się z tym nie wybierzemy. Chociaż różnie z tym bywa.
Zacznijmy, więc od czytnika i jego plusów.
Osobiście posiadam czytnik od Amazonu – Kindle 5. Nie żaden Kundel, Kundelek. Tylko Kindel. Jak widzę opinie o czytnikach i ktoś tam sobie nabazgrolił: „A mój Kundelek…”, to mnie szczerze trafia.
Ludzie! To jest Kindle! A jak piszecie Kundelek, to wcale nie brzmicie, jakbyście znali się na czytnikach. Brzmicie jakbyście mieli nierówno pod sufitem.
Ale wracajmy do tematu.
Mam Kindle 5 i to o nim będę pisał.
Gdy wybierałem czytnik, stwierdziłem, że wolę sięgnąć po coś droższego, żeby działało mi sprawnie i nie było wadliwe. Może inne firmy też robią dobre czytniki – nie wiem. Wiem natomiast, że Amazon ma świetne. Oczywiście starałem się znaleźć dobry model w rozsądnej cenie. Kupiłem Kindle 5 za czterysta złotych. Spora kwota, ale w świecie czytników to naprawdę dobra cena. Szczególnie, że dostałem nowy, w pudełku, z gwarancją, kabelkiem, instrukcją obsługi i folią. Może ktoś był lepszym łowcą okazji i kupił taniej, a może dostał nawet etui gratis, ale proszę, nie mówcie mi tego. Chcę myśleć, że zrobiłem biznes życia!





Co do etui – w przypadku czytnika to konieczność. Za najzwyklejsze zapłaciłem trzydzieści złotych i jestem zadowolony. Pseudo skórzane, przypomina oprawę notesu. Po otwarciu mamy wykonane z tego samego tworzywa obramowanie, do którego wsuwamy nasz czytnik. Możemy to zrobić tylko od góry. Po bokach mamy wcięcia, odsłaniające przyciski do przerzucania stron. Jest również wersja z gumkami, trzymającymi rogi, ale szczerze powiedziawszy wydało mi się to mniej solidne i niestabilne. Wolę, żeby moje cztery bańki były bezpieczne. Możecie oczywiście kupić oryginalne etui, ale jest naprawdę drogie.
Konieczność posiadania etui wynika z faktu, że choć ekran jest porządny, to gdy nosimy nasz czytnik w plecaku/torbie/torebce, to może się łatwo zarysować. Dotyczy to również obudowy. Tył Kindle’a wykonany jest z tworzywa, na którym łatwo odbijają się palce. Nie wygląda to estetycznie. W etui czytnik jest bezpieczny i nie ma różnicy w wygodzie czytania.
Opis czytnika zacznę od najważniejszej rzeczy, czyli ekranu. Przede wszystkim nie odbija światła. Nie przypomina w żadnym wypadków ekranu LCD. Możemy czytać pod każdym kątem, nawet w słońcu. Nie robi to żadnej różnicy. Spróbujcie wyjść poczytać na balkon z tabletem w słoneczny dzień. Życzę miłej lektury!
Kindle 5 ma wifi. Możemy przeglądać strony internetowe (tak, nawet facebooka!). Głównie raczej chodzi o połączenie ze stroną Amazonu i pobieranie automatycznie aktualizacji. Dodatkowo, z tego co pamiętam, jest sporo darmowych pozycji ze strony producenta. Nie wiem, jak z oglądaniem filmików – nie sprawdzałem. Poza tym ekran jest czarno-biały, więc radości z oglądania trochę mało. Ale nie do tego przeznaczony jest czytnik.
Kindle 5 ma wiele ciekawych opcji. Najlepsze z nich to rotacja ekranu. Możemy dostosować sobie ekran do własnych potrzeb. Czy będziemy czytać, trzymając czytnik poziomo, pionowo, czy do góry nogami zależy tylko od nas. Również zmiana czcionki jest bardzo przydatna. Czy człek ślepy, czy nie, może sobie dostosować wielkość liter tak, żeby czytało mu się przyjemnie i wygodnie. Sam nie mam problemów ze wzrokiem, a korzystam z większej czcionki, bo mniej męczy oczy i na raz mogę przeczytać więcej treści. Jeżeli chodzi o wygodę – Kindle jest naprawdę przyjazny i elastyczny w użytkowaniu.
Mój czytnik nie ma wejścia słuchawkowego. Nie posłuchacie na nim muzyki ani audiobook’a. Wiem, że wersja 3G posiada takie bajery, a także klawiaturę qwerty, tyle że jest większa i droższa. Jeżeli chodzi o czytanie, na Kindle 5 możemy czytać tylko do światła. Jest ciemno, nic nie widać. Nowsza wersja, Papierwhite, posiada podświetlany i dotykowy ekran. Tylko, że gdy ja kupowałem swój czytnik, ten model kosztował dwie stówy drożej i musiałem podziękować.
Czytnik odczytuje wiele formatów: mobi, rtf, pdf, itd. Jednak moim zdaniem, najlepiej opłaca się przeprowadzić konwersję do mobi. Z tym formatem czytnik nie ma żadnych problemów. Do konwersji istnieje przyjemny w użyciu program Calibre. Nawet ktoś, kto niezbyt zna się na programach komputerowych, powinien sobie poradzić. Jeżeli chodzi o pdf, to konieczna jest konwersja do mobi. Kindle posiada tylko opcję przybliżania przy odczytywaniu pliku pdf, więc czytanie w taki sposób jest uciążliwe. Jeżeli pdf składa się ze zdjęć/skanu jakiejś książki, to nawet nie opłaca się tego wrzucać na czytnik, bo sobie nie poczytacie(chyba, że jesteście masochistami).
Co do samych e-booków, bo coś jednak trzeba tam czytać, to sprawa jest złożona. Większość książek, można spokojnie sobie zakupić na stronach, ale ich cena jest wręcz absurdalna. Różnica pomiędzy papierową książką a e-bookiem to przeważnie od pięciu do dziesięciu złotych. Wszystko wynika z opodatkowania wersji elektronicznych. Na książki VAT nałożono 5%, na e-booki 23%.
Gdzie tu sens i logika? Nie mam pojęcia. W wersji elektronicznej nie dochodzą koszty wydruku, papieru i innych. Mamy książkę dostosowaną do odpowiedniego formatu, spis treści i kilka obrazków. Moim zdaniem to cholerne zdzierstwo! Wiem, że niektóre strony internetowe prowadzą przyjazną politykę sprzedaży książek w wersji elektronicznej, ale to nadal jest drogie. Ja osobiście, jeżeli mam już zapłacić, to wolę kupić papier, skoro różnica w cenie jest tak niewielka. Jeżeli książka w wersji elektronicznej kosztowałaby 40% mniej, to więcej osób pokusiłoby się o wersje elektroniczne. Z reguły czytelnicy uwielbiają autorów i nie chcą, żeby owi umarli z głodu i nie napisali już nic więcej.
Pewnie jesteście ciekawi, ile godzin możecie czytać, nie martwiąc się o to, czy w pobliżu jest kontakt. Ja ładuję swój czytnik raz na dwa, trzy miesiące, a czytam na nim dość sporo. Wydaje mi się, że baterii spokojnie wystarcza, na trzy, cztery godziny codziennego czytania przez jakiś miesiąc. Nie jest źle, co? Kindle 5 naprawdę długo trzyma baterię, nawet przy włączonym wifi. 
Największym minusem czytnika jest to, że nie czuć zapachu papieru. Nie możemy przerzucać szeleszczących kartek, tylko wciskać guziczki. Jestem jeszcze z tego pokolenia, które kocha papierową wersję książki i tej miłości nic nie zastąpi. A już na pewno nie elektroniczne urządzenie. Mimo to nie mogę powiedzieć, że jestem niezadowolony z posiadania Kindle’a. Spełnia zadanie jak należy. Czyta się szybko i wygodnie. Jak dla mnie szybciej niż papierową książkę. No i skutecznie zastępuje półciężarówkę.
W ogólnym rozrachunku, dla mnie czytnik to dodatek do papierowej biblioteki. Są książki, które po prostu chcę przeczytać, niekoniecznie stawiać je na półce. Po co mi słownik, czy inne bzdety, skoro na czytniku działa to szybko i skutecznie, a zajmuje miejsca tyle, co nic. Uwielbiam również czytać w poczekalniach, na „tronie”, na wykładach i gdzie się tylko da, a czytnik to przenośna biblioteka, która zawsze posiada kilka książek, w razie, gdyby nie wystarczyła mi jedna. I jeżeli chodzi o ludzi, którzy kochają czytać, to z całego serca polecam! 
Na zakończenie dodam, że w poście wspomniałem tylko o najważniejszych cechach Kindle 5. Jeżeli macie jakieś pytania, wątpliwości, piszcie w komentarzach, a postaram się odpowiedzieć.

niedziela, 16 lutego 2014

Prawdziwe Imperium - "Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ - Południe"


     Z tą książką wiążą się przedziwne koleje losu.
     Po pierwsze, wpadłem na nią poprzez nielubianą koleżankę z pewnego internetowego forum. Ktoś z użytkowników pytał o dobre fantasy, a ona wymieniła właśnie „Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ - Południe” Wegnera. Pomyślałem wtedy, że ktoś tak irytujący, a zarazem głupi nie może czytać dobrej literatury. To się po prostu musi wykluczać i łamać podstawowe prawa rządzące światem.   
     Wlazłem, więc na Merlina, żeby sprawdzić, cóż to za badziewie poleca moja „ulubiona koleżanka”. Musiałem przecież posiąść niezbędną wiedzę w celu jej wyśmiania. Przeczytałem krótką recenzję, kilka komentarzy i…
     Było mi wstyd. Naprawdę. Szczerze.
     Przepraszam cię, koleżanko z forum. Nadal cię nie lubię. Nadal jesteś irytująca i głupia. Ale gdyby nie ty, nigdy bym nie sięgnął po Opowieści i nie stał się fanem Roberta. I za to – dziękuję.
     Po drugie, kariera samego Wegnera jest dość specyficzna, bo brak jej rozgłosu. A pisarz posiada bardzo ciekawy styl narracji. Charakteryzuje się niebanalną pomysłowością. Wykreowany świat, bohaterowie - wszystko łeb urywa. A nawet takiego Zajdla to wygrywa w dwóch kategoriach, bo jedna to mało.
     No i gdzie ta sława?  Rzesza fanów itd.?
     Wiem, że pan Robert cieszy się uznaniem, ale to nie jest rozgłos na miarę Sapkowskiego, czy Grzędowicza.  
     Czas to zmienić.  
      

Autor: Robert M. Wegner
Tytuł: „Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ - Południe”
Wydawnictwo: Powergraph
rok wydania: 2009
ilość stron: 572
moja ocena: 6/6


      




      Pierwszy tom Opowieści zakupiłem, zanim jeszcze został wypuszczony w twardej oprawie. Różnica pomiędzy miękką a twardą okładką jest znaczna. Nie chodzi mi o stylistykę graficzną, bo ta nie uległa zmianie. Chodzi mi raczej, o jakość wykonania. Twarda oprawa naprawdę sprawia wrażenie solidnej. Po odgięciu okładki możemy spojrzeć na mapę Meekhanu – ładną i klimatyczną. Papier stronic również solidny, a całość wygląda porządnie i nadaje się świetnie na prezent. Pod warunkiem, że stać kogoś wysupłać 47 złoty. Fakt! Jakość wykonania jest warta swojej ceny, ale szkoda, że nie pozostaje żadna alternatywa. Miękka okładka nie jest już dostępna w sklepach, odkąd „Niebo ze stali” wyszło tylko w twardej oprawie. Można najwyżej sobie od kogoś odkupić. A ci, którzy kupili pierwsze dwa tomy w miękkiej mają pecha, tak jak ja, bo im się nie komponuje z trzecim. Dość dziwny zabieg Powergraph’u, ale okładkę idzie przeżyć. Wszak nie oprawa, a zawartość książki jest najważniejsza, choćby i miała być wydrukowana na rolce papieru toaletowego(swoją drogą, może więcej osób zaczęłoby czytać).
     Mówiąc o zawartości.
     Opowieści to zbiór opowiadań, podzielony na dwie części: „Topór i skała” – północ, „Miecz i żar” - południe.
     W opowiadaniach z północnej części, oglądamy pogranicze Imperium Meekhanu oczami Górskiej Straży. Zdyscyplinowanej i świetnie wyszkolonej Szóstej Kompani. Okolice malownicze, piękne i niebezpieczne, a przedstawione w nich historie świetnie ukazują charakter górali. Pełne rozmachu i akcji, wciągają niczym wir. Wegner ma talent do kreowania ciekawych, wyrazistych bohaterów, zapadających w pamięć. Szkoda tylko, że ich imiona zapadają w pamięć trochę mniej(np.,: Andan-keyr-Treffer), ale to akurat mało przeszkadza.
     Poprzez Górską Straż poznajemy mnogość kultur, ras, religii, stworzonych od podstaw. Mały problem sprawiają nazwy własne(coś na wzór imion), psując nieco tempo czytania. Za to ich rozmieszczenie w tekście jest rozsądne. Pan Robert dawkuje informacje z wyczuciem, więc nie sposób się pogubić w nowym świecie.
     W opozycji do mroźnych klimatów północny, otrzymujemy południe. Gorące, piaszczyste, przywodzące na myśl Bliski Wschód. Zamiast grupy żołnierzy - jeden bohater. Zamiast kilku historii -jedna. Za to długa i wciągająca. Obfitująca w różnorodność kulturową, rasową, klasową, religijną i bogowie tylko wiedzą, co jeszcze. I znów wszystko podane w sposób naprawdę mistrzowski. Po zjedzeniu wszystkiego chcemy więcej, ponieważ opowiadania mają charakter otwartej, niedokończonej historii. Świetne rozwiązanie – zarówno pisarskie, jak i marketingowe. Lepiej od razu zakupić pozostałe dwie książki, które zaspokoją głód, przynajmniej do wyjścia tomu czwartego(a ten już niebawem).
     Całość oceniam bardzo wysoko, ponieważ pisanie opowiadań jest o wiele trudniejsze, niż pisanie powieści. Trzeba mieć naprawdę smykałkę, żeby stworzyć w tej dziedzinie majstersztyk. A tutaj mamy ich cały zbiór! Osobiście bardziej do gustu przypadł mi klimat północy. Znajomi, którym poleciłem Opowieści, chwalili bardziej południe. Jak widać, każdy może znaleźć tu coś dla siebie. Gusta są różne.
     Opowieści z meekhańskiego pogranicza, to coś nowego i świeżego w polskiej fantastyce. Oryginalny świat, oryginalne historie zwykłych, szarych bohaterów. Masa kultur, ras, tradycji i obyczajów. Pełno intryg, walk i zawiłości. Wątki z Północ - Południe wspaniale łączą się z kolejnymi tomami. Kto czytał, ten wie. Kto nie czytał, zaręczam, po przeczytaniu pierwszej części, kupi resztę i razem ze mną będzie czekał na kolejne.
     Podsumowując! Jest sporo polskich pisarzy, uprawiających fantastykę, ale Robert zalicza się do tych nielicznych, trzymających poziom światowy.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Sukces "Czytamy o książkach"!



Zakładając bloga nie liczyłem na natychmiastowe zainteresowanie.
.
.
.
Dobra! Liczyłem.
Liczyłem na to, że ktoś to będzie czytał. Jakieś niewielkie grono zainteresowanych. Ktoś skomentuje od czasu do czasu. Połechce ego miłym komentarzem. Ale żeby od razu takie rzeczy…
Już śpieszę z wyjaśnieniem.
Otóż portal Szortal złożył mi propozycję nie do odrzucenia. Poproszono mnie o napisanie nowej recenzji, która zaważy o tym, czy zostanę przyjęty do ekipy. I…
Udało się. Od teraz recenzje będą pojawiały się zarówno na blogu jak na Szortalu. A oto pierwsza publikacja - http://szortal.com/node/4448.
Musiałem podzielić się dobrymi wiadomościami.
Niedługo wypatrujcie kolejnej recenzji.
Zapraszam!  : )